Nie rozumiem tego, co się dzieje. Nie wierzę w to, co się wydarzyło. Nie ogarniam swojego życia. Czuję, że jestem w jakiejś cholernej pustce. W jakimś miejscu, w którym widnieje tabliczka "ślepa uliczka", a pod spodem drobnym druczkiem "przegrałaś, nie masz już dokąd uciec". I w tych kilku, niby nic nie znaczących słowach zawarta byłaby cała prawda, bo nie mam już nikogo, kto mógłby mi pomóc... Nie mam się do kogo zwrócić, a najgorsze jest to, że teraz najbardziej potrzebuję pomocy.
Cała zła passa zaczęła się dokładnie tydzień temu. Dnia 27. lutego 2012 roku miał miejsce wypadek, który nie śnił mi się nawet w najgorszym koszmarze... Tego dnia chciałam usunąć dziecko, o czym powiedziałam Dawidowi przez telefon. Wspomniałam mu, że chcę to zrobić sama, w domu. Że nie ma moich rodziców do późnego wieczora, więc mam chwilę czasu na zażycie tego na M., co wywołuje poronienie. Dodałam też, że już to kupiłam i jestem zdecydowana, więc niech nie próbuje mnie powstrzymać, bo to nic nie da. Oczywiście, tak na prawdę nie byłam pewna w stu procentach, czy chcę to zrobić... Z niepewności wyrwał mnie telefon. Dzwoniła mama Dawida. Byłam przekonana, że jej po prostu wszystko wypaplał, przez co ona będzie próbowała mnie przekonać, żebym tego nie robiła, ale pomimo to mimowolnie odebrałam. Jej słowa wirowały w mojej głowie jak opętane, nie rozumiałam o czym do mnie mówi. Słyszałam tylko: wypadek, motor, Dawid, ciężarówka, szpital. Po chwili zrozumiałam i poczułam jakby ktoś mnie porządnie uderzył w twarz.
Następne wydarzenia pamiętam już jak przez mgłę, aż do momentu kiedy wieczorem lekarze stwierdzili, że to już koniec.
Tamtej nocy nie spałam, nie pozwoliły mi na to myśli, które ciągle napływały do mojej głowy, tworząc coraz to inne obrazy. Wspomnienia, wyobrażenia przyszłości, wspomnienia, przyszłość - i tak w kółko. Co miałam zrobić? Nie potrafiłam dopuścić do siebie myśli, że Jego śmierć jest prawdą. Wciąż wierzyłam, że to tylko jeden z tych najgorszych snów, w których krzyczysz na cały dom, po czym budzisz się zalany potem i władają tobą dziwne emocje, ale wiesz, że to tylko obrazy, które są fikcją, podsunięte przez twoją wyobraźnię. W pewnym momencie moich nocnych rozmyślań dotarło do mnie, że nie powinnam usuwać dziecka, bo przecież ono będzie cząstką Niego. Że poprzez narodziny w jakiś dziwny sposób będę miała część Dawida, pomimo jego śmierci. Ale skoro chcę urodzić to muszę powiedzieć o ciąży rodzicom... Ale już postanowione - zrobię to.
Zasnęłam przed świtem, obudziłam się w południe. Po chwili namysłu uświadomiłam sobie, co wydarzyło się poprzedniego dnia. Przypomniałam sobie także o moim postanowieniu. Zawahałam się. "Dasz radę. Zrobisz to. Wszystko będzie dobrze." - pomyślałam. A więc zeszłam na dół i jakoś udało mi się o wszystkim powiedzieć, także o tym, że planowałam dokonać aborcji. Mama się rozpłakała. Potem zaczęła krzyczeć, po czym znów płakać. Następnie doszła do wniosku, że mi pomoże i, że razem sobie jakoś poradzimy. Tato jeszcze o niczym nie wiedział.
Położyłam się na kanapie. Przysnęłam. Śnił mi się Dawid, który był aniołem. Mówił, że dobrze zrobiłam i przekonywał, że wszystko się ułoży. Powiedział mi też, żebym przestała brać, że tak będzie lepiej, bo nic dobrego z mojego ćpania nie wyniknie. Te słowa przyprawiły mnie jedynie o chęć wciągnięcia krechy. Przebudziłam się i zobaczyłam mamę siedzącą obok w fotelu z woreczkiem, w którym był biały proszek. Znalazła, choć szukała zupełnie czego innego. A mianowicie środka wywołującego poronienie, który nie trudno było znaleźć, bo był w szufladzie mojego biurka. Zupełnie jak amfa. Odbyłyśmy nieciekawą pogawędkę na temat narkotyków.
Kiedy wrócił tato, mama powiedziała mu o wszystkim. Ja natomiast zamknęłam się w swoim pokoju. Następnego dnia dali mi do zrozumienia, że tego tak nie zostawią i wysyłają mnie na odwyk. Zaczynam jutro. 6 tygodni w zamknięciu. Świetnie!
Kolejne dni były szare i wyprane z jakichkolwiek emocji. Spędziłam je w swoim pokoju, który odtąd jest kompletnym zaciszem. Cholerna cisza wypełnia go tak samo jak i mnie. Mnie wypełnia coś jeszcze. Co? Największa pustka, jaką kiedykolwiek czułam. Ale... Myśl o narodzinach dziecka jakoś dziwnie mnie uspokaja, a nawet raduje, choć do tej pory było wprost odwrotnie. Cóż za ironia losu...
Nie chcę iść na żaden odwyk. Chciałabym gdzieś uciec daleko stąd, w jakieś miejsce, gdzie problemy nie istnieją. Gdzie wszystko jest proste. Chciałabym mieć Dawida, który jest blisko mnie i, który mnie wspiera. Chciałabym tak wiele, a mogę tak niewiele. Co ze mną będzie? Nie wiem.
poniedziałek, 5 marca 2012
piątek, 10 lutego 2012
10.02.2012r.
Czuję się lepiej. Kupiłam w końcu mój wspaniały, biały proszek. Wciągnęłam dobrą działkę, może trochę dużą, ale dobrą. Cały dzień myślałam co z tym wszystkim zrobić, myślę o tym, żeby usunąć to dziecko. Przecież ja nawet nie lubię dzieci, nie umiem się nimi zajmować. Po za tym są strasznie irytujące i wkurwiające. Nie, to nie dla mnie. Teraz już myślę o tym na spokojnie, bez emocji. Nie powiedziałam jeszcze Dawidowi o tym, że nie chcę urodzić tego dziecka, choć był dzisiaj u mnie. Nie pozwala mi brać, ale co on ma do gadania, skoro sam ćpa. To moje życie i będę robić, co będę chciała. Wzięłam kasę od mamy - kieszonkowe. Nie mam już siły pisać, po za tym D. zaraz przyjdzie, mam nadzieję, że nie zobaczy, że brałam, bo będzie mi gadał, że nie powinnam. A z resztą - mam to gdzieś.
czwartek, 9 lutego 2012
09.02.2012r.
Dzisiejszy dzień mianuję najgorszym dniem w moim dotychczasowym życiu. Dlaczego? Boże, nie potrafię tego nawet napisać, a co dopiero powiedzieć na głos... No ale zacznijmy od początku.
Wczoraj przyszedł do mnie Dawid i zaczęliśmy rozmawiać o tym, co tak na prawdę może mi być, skoro żadne leki nie pomagają na tego "wirusa". Kiedy wypowiedział słowa "skarbie, a może ty jesteś w ciąży?" wybuchłam spazmatycznym śmiechem. Bo nie wiedzieć czemu zawsze w taki sposób reagowałam na złość, zdenerwowanie czy też dziwne, bliżej nieokreślone mi emocje. Cóż, chyba nigdy nie byłam do końca normalna. Ale wracając do tematu. Kiedy usłyszałam tamto zapytanie na myśl od razu przyszło mi "przecież On może mieć rację", w końcu już nie raz zdarzyło nam uprawiać seks. Oczywiście zawsze pamiętaliśmy o zabezpieczeniu, ale prezerwatywy nie dają stuprocentowej pewności... Ten temat tak mnie zdenerwował, że rozmowę dokończyliśmy w łazience, bo ze stresu ciągle wymiotowałam. Mój kochany chciał od razu pójść do apteki po test ciążowy, ale wszystkie już były zamknięte. Byłam cholernie rozemocjonowana, musiałam sobie wciągnąć, ale już nie miałam ani jednej, malutkiej działki. Dawid powiedział, że też nie ma, co oczywiście było zupełnie niemożliwe, bo on zawsze miał. Po prostu nie chciał mi dać i wtedy moje wkurwienie było już tak wielkie, że miałam ochotę rozwalić wszystko co tylko stanęło mi na drodze. Niestety, zupełnie nie miałam na to siły. Wróciłam do łóżka. Nawet nie wiem kiedy zasnęłam, ale wiem, że wtedy D. nadal był u mnie. Obudziłam się. Było rano i mojego chłopaka już nie było, a raczej powinnam napisać "mojego chłopaka jeszcze nie było", bo nie minęło 20min od mojej pobudki i się zjawił. Miał coś dla mnie. Choć miałam nadzieję, że ma dla mnie trochę fety, to niestety, były to jedynie testy ciążowe. Kupił trzy - każdy inny, tak dla pewności. Poszłam od razu do łazienki, żeby je zrobić. Odczekałam tyle, ile było konieczne i były to najgorsze i najdłuższe minuty w moim życiu. Sprawdziłam. Nie. Sprawdziliśmy. Pierwszy raz nie cieszyłam się z pozytywnego wyniku testu. A raczej testów. Tutaj wynik pozytywny był tak na prawdę negatywnym, a negatywny - pozytywnym. Wszystko w jednej chwili się posypało. Bo ja rozumiem, że niektórzy chcą mieć dzieci, ale ja do cholery jasnej jestem za młoda! Co ja niby teraz zrobię? Jak ja powiem o tym rodzicom? Co ze szkołą? Nie wiem co mam robić... Dawid był u mnie jakoś do 22:30, mogłam spokojnie spać i płakać na zmianę w jego ramionach. Teraz siedzę, piszę to i nadal nie dociera do mnie co się dzieje. Mam wrażenie, że to tylko sen. Mam nadzieję, że to tylko sen. Że za chwilę się obudzę, przyćpam i rozpocznę kolejny normalny dzień. Od wczorajszego poranka nic nie wciągnęłam. Ani malutkiej kreseczki... Sama nie mam kasy, a Dawid choć zapewne ma jakąś fetę to i tak mi nie da. Czasami nie rozumiem po co ta troska? Przecież dobrze wie, że potrzebuję tego tak jak on. Cholernie mnie to wkurwia, ale nie mam nawet siły, żeby mu to wygarnąć. Jutro wezmę od mamy kieszonkowe i sama sobie kupię, o ile zdołam wyjść jakoś z domu.
Tymczasem wracam wtulić się w moją poduszkę i spróbuję na chwilę zapomnieć w co się wpakowałam. W co się wpakowaliśmy, bo w końcu siedzimy w tym razem...
Wczoraj przyszedł do mnie Dawid i zaczęliśmy rozmawiać o tym, co tak na prawdę może mi być, skoro żadne leki nie pomagają na tego "wirusa". Kiedy wypowiedział słowa "skarbie, a może ty jesteś w ciąży?" wybuchłam spazmatycznym śmiechem. Bo nie wiedzieć czemu zawsze w taki sposób reagowałam na złość, zdenerwowanie czy też dziwne, bliżej nieokreślone mi emocje. Cóż, chyba nigdy nie byłam do końca normalna. Ale wracając do tematu. Kiedy usłyszałam tamto zapytanie na myśl od razu przyszło mi "przecież On może mieć rację", w końcu już nie raz zdarzyło nam uprawiać seks. Oczywiście zawsze pamiętaliśmy o zabezpieczeniu, ale prezerwatywy nie dają stuprocentowej pewności... Ten temat tak mnie zdenerwował, że rozmowę dokończyliśmy w łazience, bo ze stresu ciągle wymiotowałam. Mój kochany chciał od razu pójść do apteki po test ciążowy, ale wszystkie już były zamknięte. Byłam cholernie rozemocjonowana, musiałam sobie wciągnąć, ale już nie miałam ani jednej, malutkiej działki. Dawid powiedział, że też nie ma, co oczywiście było zupełnie niemożliwe, bo on zawsze miał. Po prostu nie chciał mi dać i wtedy moje wkurwienie było już tak wielkie, że miałam ochotę rozwalić wszystko co tylko stanęło mi na drodze. Niestety, zupełnie nie miałam na to siły. Wróciłam do łóżka. Nawet nie wiem kiedy zasnęłam, ale wiem, że wtedy D. nadal był u mnie. Obudziłam się. Było rano i mojego chłopaka już nie było, a raczej powinnam napisać "mojego chłopaka jeszcze nie było", bo nie minęło 20min od mojej pobudki i się zjawił. Miał coś dla mnie. Choć miałam nadzieję, że ma dla mnie trochę fety, to niestety, były to jedynie testy ciążowe. Kupił trzy - każdy inny, tak dla pewności. Poszłam od razu do łazienki, żeby je zrobić. Odczekałam tyle, ile było konieczne i były to najgorsze i najdłuższe minuty w moim życiu. Sprawdziłam. Nie. Sprawdziliśmy. Pierwszy raz nie cieszyłam się z pozytywnego wyniku testu. A raczej testów. Tutaj wynik pozytywny był tak na prawdę negatywnym, a negatywny - pozytywnym. Wszystko w jednej chwili się posypało. Bo ja rozumiem, że niektórzy chcą mieć dzieci, ale ja do cholery jasnej jestem za młoda! Co ja niby teraz zrobię? Jak ja powiem o tym rodzicom? Co ze szkołą? Nie wiem co mam robić... Dawid był u mnie jakoś do 22:30, mogłam spokojnie spać i płakać na zmianę w jego ramionach. Teraz siedzę, piszę to i nadal nie dociera do mnie co się dzieje. Mam wrażenie, że to tylko sen. Mam nadzieję, że to tylko sen. Że za chwilę się obudzę, przyćpam i rozpocznę kolejny normalny dzień. Od wczorajszego poranka nic nie wciągnęłam. Ani malutkiej kreseczki... Sama nie mam kasy, a Dawid choć zapewne ma jakąś fetę to i tak mi nie da. Czasami nie rozumiem po co ta troska? Przecież dobrze wie, że potrzebuję tego tak jak on. Cholernie mnie to wkurwia, ale nie mam nawet siły, żeby mu to wygarnąć. Jutro wezmę od mamy kieszonkowe i sama sobie kupię, o ile zdołam wyjść jakoś z domu.
Tymczasem wracam wtulić się w moją poduszkę i spróbuję na chwilę zapomnieć w co się wpakowałam. W co się wpakowaliśmy, bo w końcu siedzimy w tym razem...
poniedziałek, 6 lutego 2012
06.02.2012r.
Nie byłam dzisiaj w szkole, nie miałam siły. Pół nocy nie spałam, nie wiem co się dzieje... Dawid był dziś u mnie pół dnia i jedynie On dodaje mi sił. Choć i tak ciągle leżę w łóżku, albo w toalecie.
Dostałam dzisiaj od Niego amfy na kilka działek, bo przez to wszystko muszę więcej brać i choć Jemu się to nie podoba to i tak dał mi praktycznie tyle, ile miał. A więc mój dzień opiera się na łóżku, amfie i toalecie. Jutrzejszy pewnie także będzie tak wyglądał, bo wątpię, że pójdę do szkoły w takim stanie.
Nie potrafię już nawet pisać, dlatego napiszę coś jutro.
Dostałam dzisiaj od Niego amfy na kilka działek, bo przez to wszystko muszę więcej brać i choć Jemu się to nie podoba to i tak dał mi praktycznie tyle, ile miał. A więc mój dzień opiera się na łóżku, amfie i toalecie. Jutrzejszy pewnie także będzie tak wyglądał, bo wątpię, że pójdę do szkoły w takim stanie.
Nie potrafię już nawet pisać, dlatego napiszę coś jutro.
niedziela, 5 lutego 2012
05.02.2012r.
Znów miałam długą przerwę w pisaniu tutaj i wcale nie mam zamiaru tego nadrabiać jakąś niesamowicie długą notką. Dzisiaj napiszę tylko parę zdań, ponieważ nie czuję się najlepiej.
Jeśli chodzi o moje ferie spędzone na obozie w Austrii - były fantastyczne. Nie będę ich opisywać - za dużo miałabym do napisania. Ważne, że dwa tygodnie byłam z moim ukochanym i że mieliśmy co ćpać. Po powrocie zaczęłam brać więcej i częściej, a kiedy chwilowo nie mieliśmy fety, uświadomiłam sobie jak bardzo siedzę w tym bagnie. Już nie potrafię żyć bez tego. Wcześniej chyba po prostu nie chciałam, a teraz już nie potrafię, ale moje plany nie obejmują jakiś odwyków, o nie! Poradzę sobie, w końcu amfa to nic złego, a to, że się uzależniłam to nie jest powód do smutków, bo Ona pomaga mi normalnie funkcjonować.
Od kilku dni źle się czuję... Nie wiem co się dokładnie ze mną dzieje, bo jeszcze nigdy nie czułam się tak jak dzisiaj. Ciągle wymiotuję, nie potrafię patrzeć na jedzenie. W dodatku nie mam siły na nic, nawet po dobrej działce. Od wczoraj cały czas leżę. No może nie cały czas, bo robię sobie przerwy na bieg do toalety.
Chciałabym jeszcze tyle napisać, ale znów mam odruch wymiotny. Lecę.
sobota, 31 grudnia 2011
31.12.2011r.
Pierwszy raz zrobiłam tak długą przerwę w pisaniu, ale ostatnimi czasy po prostu nie mogłam tutaj nic napisać, ze względu na to, że tak dużo działo się przez ten okres w moim życiu. Wydarzyło się wiele i co jest najbardziej zaskakujące - niemal wszystkie sytuacje tylko dodawały mi uśmiechu na twarzy. Wszystko jest tak jak powinno, mogłabym nawet rzec, że jest idealnie. Czy to nie dziwne? Ale... Zacznijmy od początku.
Przygotowania do świąt nawet mi się podobały, było to swego rodzaju magiczne, radosne dla mnie "przeżycie". We wszystkim pomagał mi Dawid, gdyż w jego domu sprzątaniem, gotowaniem i przygotowaniem świąt nie zajmuje się jego rodzina, lecz osoby zatrudnione do poszczególnych zadań. Razem posprzątaliśmy dom, trzeba przyznać, że nie dość, że było to najcudowniejsze sprzątanie domu, jakie mnie kiedykolwiek spotkało, to jeszcze dom lśnił czystością, że aż mama zaniemówiła z wrażenia, kiedy wróciła z pracy i zobaczyła w jakim stanie jest miejsce, gdzie mieszkamy. Podobno przez chwilę nawet myślała, że pomyliła domy. Ale to także za sprawą tego, że wszystko ustroiliśmy oraz ubraliśmy razem choinkę. Wszystko wyglądało przecudownie!
Oczywiście w całych przygotowaniach pomogła nam nasza kochana, wspaniała Amfetamina. Gdyby nie ona nie wiem czy zdołalibyśmy ogarnąć choćby mój pokój, a dzięki niej WSZYSTKO wyglądało tak pięknie!
Następnie razem z moją mamą zajęliśmy się gotowaniem i pieczeniem. Tzn. mama to wszystko robiła a ja i mój kochany tylko pomagaliśmy, ale za to świetnie się przy tym bawiliśmy. Moja rodzicielka bardzo polubiła Dawida, więc nie miała nic przeciwko temu, że kilka przedświątecznych dni spędził u nas w domu. Było jej to nawet na rękę, bo przecież bardzo dużo mi pomógł, samej nie chciałoby mi się nic robić, więc po pracy miałaby wiele do zrobienia, a tak? Przyszła i praktycznie mogła odpoczywać.
Święta były chyba jedne z najlepszych i najbardziej radosnych w moim życiu. Oczywiście nie obyły się bez kilku małych działek, ale były wspaniałe. Pomimo iż rodzina, która do nas przyjechała wkurzała mnie niesamowicie, że latało po domu grono rozwydrzonych bachorów i że w wigilię nie mogłam spotkać się z moim ukochanym. Rodzice faktycznie zrobili mi świetną niespodziankę, jeśli chodzi o prezent, bo czegoś takiego się nie spodziewałam. A mianowicie na feriach zimowych jadę do Austrii na obóz i nie byłoby w tym nic szczególnego, gdyby nie to, że jadę tam z Dawidem, bo on dostał taki sam prezent. I nie, nie był to zbieg okoliczności, po prostu rodzice uznali, że odkąd Go poznałam bardzo się zmieniłam, więc postanowili porozmawiać z Jego rodzicami i w ten sposób wymyślili ten wyjazd dla nas dwojga. Czyż to nie cudowne? Dwa tygodnie razem, w pięknym miejscu, gdzie będzie śnieg i wspaniała atmosfera. Już się nie mogę doczekać! Natomiast od Dawida na gwiazdkę dostałam wielkiego miśka. Wielkiego, bo jest większy ode mnie! Ja dałam mu srebrną bransoletkę.
Po świętach odbyło się wielkie sprzątanie zaraz po tym, jak tylko wszyscy goście wyjechali, tym natomiast zajęła się już moja siostra, czyli jedyna osoba, z którą nie miałam ochoty gadać w czasie świąt. Te dni pomiędzy świętami i sylwestrem były dla mnie swego rodzaju odpoczynkiem. Odpoczynkiem na pełnej jeździe wraz z moim ukochanym.
Dziś natomiast pełną parą przygotowujemy się do sylwestra, którego spędzimy w domu Dawida. Robimy imprezę na ok 30-40 ludzi, w sumie skromnie, ale nie potrzeba nam pół miasta. Feta, alko, fajki, trawka - jesteśmy chyba zaopatrzeni we wszystko, czego nam potrzeba. Tymczasem idę się już powoli ogarniać (fryzura, makijaż, ubranie...), bo o 18 muszę być już u Niego, a o 19 zaczyna się już impreza.
Dość długi wpis dziś mi wyszedł, teraz postaram się pisać częściej, choć nie wiem czy mi się to uda.
niedziela, 18 grudnia 2011
18.12.2011r.
Wczorajszy dzień był okropny - nie wiedziałam co ze sobą zrobić, nie umiałam znaleźć swojego miejsca, wszystko mnie wkurzało. Chciałam się pouczyć i ogarnąć dom, ale przy normalnej dawce fety nie dałabym rady, dlatego wciągałam podwójnie. A to wszystko przez to, że tak bardzo brakowało mi Dawida. Dziwnie się z tym czuję, ponieważ może nie znam Go długo, a mam wrażenie jakbym znała Go od zawsze. Jest mi niesamowicie bliski. I choć wiem, że brzmi to cholernie dziecinnie to i tak nadal będę to pisać i to mówić, bo tak po prostu jest. Przyzwyczaiłam się już do niego, tak samo szybko jak przyzwyczaiłam się do amfy.
Dziś też wcale nie było lepiej, tym bardziej, że musiałam jechać z rodzicami do babci. Tak bardzo dłużył mi się u Niej czas, a ani przez chwilę nie myślałam o niczym innym jak tylko o Nim. Kiedy Go w końcu znów zobaczę, kiedy się do Niego przytulę, kiedy Go pocałuję... Na szczęście wzięłam ze sobą moją wierną przyjaciółkę - Fetę. Dzięki Niej było mi choć trochę łatwiej przeżyć dzisiejszy dzień.
Dwie godziny temu przyleciał Misiek i od razu do mnie przyszedł na mały seansik. Tworzymy wspaniały trójkąt - On, ja, Amfetamina. Kupił mi w NY wspaniały naszyjnik, niesamowicie się ucieszyłam, choć było mi trochę głupio, bo ja nic dla Niego nie miałam...
Jutro już poniedziałek i kolejny ciężki tydzień. Jeden z najcięższych jak dotychczas, bo zostały mi 3 przedmioty do zaliczenia, a z innych, o dziwo, wyszły mi nawet dobre oceny. Rodzice są zadowoleni, że się w końcu ogarnęłam, że nie wagaruję i zaczęłam się uczyć. Powiedzieli, że mają dla mnie niespodziankę, ale muszę poczekać do gwiazdki. Nie lubię świąt. Wszystko jest takie sztuczne - sztuczne życzenia, sztuczna uprzejmość, nawet miłość wydaje się być przesłodzona i sztuczna. Ale przeżyję, dam radę. I w sumie nawet czekam na tegoroczną wigilię, skoro mają dla mnie jakąś niespodziankę, bo co roku sama sobie coś wybierałam i zazwyczaj była to jakaś nowa bluza, spodnie, koszulka, bądź po prostu kasa i sama sobie coś kupowałam.
Na dzisiaj wystarczy moich niewiele znaczących słów.
Subskrybuj:
Posty (Atom)